ROZWAŻANIE DNIA:

"Ewangelia Jana 14: 26-31"

link do rozważań dnia
Zapraszamy do sklepu banner

POLECAMY:

» NOWOŚCI WYDAWNICZE SKLEPGOSPEL.PL

"Adwokat ulicy" • Kyle Idleman "Więcej niż fan" • "Metr nad ziemią" • Bear Grylls - "Kurz, pot i łzy. Autobiografia" • "Odważni" DVD • Chip Ingram - "Miłość, seks i trwałe relacje" DVD • "Mateusz Wichary - Najczęstsze pytania o protestanyzm" • więcej  »

ADWOKAT ULICY

Reportaż Henryka Dedo i Waldemara Kasperczaka wyróżniony w kategorii Reportaż Społeczny podczas Ogólnopolskiego Konkursu Reportaży Radiowych i Warsztatów Reportażowo-Słuchowiskowych, w roku 2008. Nominowany również w kategorii Premiera Roku, na ogólnopolskim konkursie reportażystów "Melchiory 2007", w roku 2008.

Siedzę w samolocie gotowy do lotu w podróż służbową za ocean. Tym razem do Kanady. Oprócz niezbędnych przedmiotów i służbowych dokumentów zabieram ze sobą od zawsze dwie rzeczy – aparat fotograficzny i magnetofon. Kto wie, kogo będzie mi dane spotkać.

Calgary – mój przyjaciel się spóźnia. Dla zabicia czasu sięgam po „Calgary Herald”, gazetę pozostawioną przez kogoś na ławce. Na pierwszej stronie duży tytuł: „Art Pawłowski – adwokat ulicy – uniewinniony”. Pawłowski? Brzmi jakoś swojsko. Czy to Polak? Czytam 
z zaciekawieniem, szukając odpowiedzi: „Art Pawłowski, biznesmen polskiego pochodzenia, adwokat ulicy (jak go nazywają), został oczyszczony ze wszystkich dwudziestu zarzutów, jakie postawiły mu władze miasta Calgary. Dziś przed ratuszem miejskim, w ramach protestu przeciw łamaniu praw obywatelskich, odbędzie się pokojowa demonstracja zorganizowana przez Kościół Ulicy.” Godzinę później jestem przed ratuszem.


Artur Pawłowski:

Wygląda na to, że władze miasta Calgary chcą zabrać nam nasze podstawowe prawa. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, co miasto robi. To jest ten największy problem mediów, bo media nie pokazują w sposób rzetelny tego, co się tu dzieje. Do dnia dzisiejszego nie byliśmy winni żadnego zarzutu zakłócania ciszy, a właśnie to było powodem zabrania nam pozwoleń przez władze Calgary. Zabrali nam prawo zgromadzania się na podstawie rzekomych skarg o naruszenie ciszy, a sami oficerowie odkryli, że są to zarzuty absolutnie nieprzekonywujące. Wszyscy badający sprawę odrzucili zarzuty, twierdząc, że nie ma żadnego naruszania prawa. Oni wiedzą, czego my chcemy. My potrzebujemy zezwolenia na używanie systemu nagłaśniającego ze względu na hałas i potrzebujemy karmić tych ludzi, ponieważ oni są głodni. Myślisz, że oni by tu przyszli, gdyby nie byli głodni? Popatrz na nich. Czy oni nie mają nic lepszego do roboty? Oni są głodni, zdesperowani, nie mają nadziei. My przychodzimy, karmimy ich, ale przede wszystkim dajemy im nadzieję. To jest to, czego oni potrzebują – nadzieja. Nadzieja na jutro, nadzieja na następny dzień, nadzieja na lepszy dzień.

Jeśli otrzymam kolejny mandat za naruszenie przepisów wewnętrznych, będę osadzony 
w więzieniu na rok lub dwa. Tak właśnie nas traktują. Dlatego też jesteśmy tu przed merostwem, by błagać burmistrza Calgary o pomoc. Chcemy go prosić, ponieważ jego biuro traci, łamiąc prawo w majestacie prawa. Co oni sobie myślą, że kim my jesteśmy? Niewolnikami? Jesteśmy wolnymi obywatelami tego państwa, a ci bezdomni, których tu widzisz, traktowani są jakby nie mieli praw ludzkich. Przytułki są zamykane, likwidowane, 
a oni są przerzucani jak zwierzęta z miejsca na miejsce. Czy tak wygląda cywilizowana demokracja? Czy za to umierali nasi przodkowie? Pokażcie, jak to jest naprawdę. Jestem pewien, że burmistrz Calgary nie chce mieć bezdomnych na ulicy. I wiesz co? Ja też nie chcę widzieć bezdomnych na ulicy i myślę, że miasto, które świetnie prosperuje, ma wystarczająco dużo godności, by zabrać tych ludzi z ulic i dać im jakiekolwiek przytuliska. To jest pokojowa demonstracja z udziałem bezdomnych w Calgary. Przyszliśmy tutaj przed urząd miasta, aby porozmawiać z burmistrzem i poprosić go, żeby pomógł nam...

Nie udaje nam się do końca porozmawiać, a mam tak wiele pytań. Umawiam się więc z Arturem na rozmowę na jutro. Zaprasza mnie do siebie, do domu.

Artur Pawłowski:

Już prawie straciłem nadzieję, ale znalazłem coś innego – 10 000 polskich złotych. 1990 – rok w którym wyjechaliśmy. Solidarność, okolicznościowe 10 000 zł. To był okres, kiedy jeździłem po całej Europie i szmuglowałem. Do tej pory mam jednego amerykańskiego dolara, którego przywiozłem z Polski. Powiedziałem, że go nie wydam, dlatego, że od tego jednego dolara szedłem w górę. Przywiozłem wtedy trzy. Jednego wydałem na jedzenie, drugiego przepuściłem na grach, a trzeciego postanowiłem zostawić i od niego się zaczęło. 
I tak jak powiedziałem, tak zrobiłem. To było 17 lat temu.

Dawne lata. W demonstracji bieże udział były narkoman, który chciał mnie zabić. Był dealerem, sam też brał. Wtedy był po prostu pod wpływem różnych środków. Rozkładaliśmy się w parku, żeby mieć normalne spotkanie, i doszło do bójki. Dwa tygodnie później przyszedł, patrzył, co robimy, tydzień później się nawrócił i ochrzciliśmy go. On jest wolny 
i jest nami. Tych ludzi, którzy się nawrócą, bierzemy, żeby pracowali razem z nami. Ich świadectwo jest mocne, bo inni przeszli to samo. 

Wyjechaliśmy do Grecji. Nie dostaliśmy wizy, więc trzeba było uciec ze statku turystycznego. Udało nam w Pireusie, potem pojechaliśmy 50 km od Aten. Dziura zabita dechami, wioska. Nazywała się Agis Apostolius – turystyczne piękne miasteczko. Przez kilka turystycznych miesięcy tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy ludzi, ale w trakcie zimy pustki, tylko wyjące psy i masa kotów. To był nasz „paradise”, nasz raj. Nasze pierwsze łóżko było ze śmietnika, pierwszy telewizor, czarno biały, ze śmietnika. Działał tylko 15 minut. Przyjechaliśmy tam, nie znając praktycznie ani jednego słowa po grecku. Poszedłem do pracy. Przyjechaliśmy o 12 w nocy, o 7 rano następnego dnia już dostałem łopatę. Pierwszy raz w życiu miałem w ręku łopatę. Studiowałem, uczyłem się, brałem udział we wszystkich konkursach jakie były, olimpiady wygrywałem jedną po drugiej. Uwielbiałem się uczyć. 
I nagle dostałem łopatę i za bardzo nie wiedziałem, co z nią zrobić. Jacyś ludzie do mnie krzyczeli, mówili w obcym języku, ale nic – myślałem – poradzimy sobie jakoś. Pierwsze słowo, którego się nauczyłem po całym dniu pracy na budowie, to było „gamoto”, co znaczy wiejski idiota. To było pierwsze słowo, dlatego, że tak często nazywali mnie „gamoto, gamoto”. Drugiego słowa nauczyłem się, kiedy poprosiłem, żeby mi zapłacili za dzień pracy – „avrio”. „Avrio” znaczy po grecku „jutro”. Pół roku zajęło mi, żeby zarobić na stary używany rower. Ale na tym rowerze zamontowałem łopatę, kielnię i postawiłem sobie nowy cel. Powiedziałem sobie „Jeżeli już mam pracować na budowie i budować domy dla bogatych Ateńczyków, to przynajmniej niech ludzie pracują dla mnie”. Pojechałem szukać pracy na własny rachunek i znalazłem. Problem polegał na tym, że kompletnie nie miałem pojęcia 
na temat budowy. Pewien Ateńczyk zapytał mnie, czy umiem wylewać beton, odpowiedziałem: „Tak, tak, tak – zrobimy”. No i dostałem ten kontrakt, to były duże pieniądze, więc wśród Polaków zacząłem szukać kogoś, kto miał pojęcie na temat betonów. 
I znalazłem takiego człowieka, i powiedziałem mu, że zapłacę mu dwa razy więcej niż każdy inny, jeśli tylko przyjdzie i wykona tę pracę dla mnie. On się zgodził, a ja byłem jego pomocnikiem. Tak zrobiliśmy, zostało nam wypłacone i zacząłem szukać nowej pracy. Później wizytówki, telefony, samochód pierwszy, drugi, trzeci, większe kontrakty. Później zatrudniałem już nie tylko Polaków, ale i Greków, Albańczyków. Z Albanii przyjechała jednak mafia, więc trzeba było „dealować” z nimi. Znów duże pieniądze, duże budynki – pracowałem dla najbogatszych ludzi na świecie. Pracowałem dla polityków, przyjaźniłem się z ministrami, pracowałem dla piosenkarzy, chodziłem do najbogatszych, na najdroższe imprezy, na których za jednego drinka płaciło się 100 dolarów. Po prawie 6 latach byliśmy bardzo dobrze ustawieni, ale już mieliśmy dosyć. Byliśmy zmęczeni. Wtedy w Kanadzie szukano ludzi ambitnych, ludzi z pieniędzmi, którzy chcieliby budować ten kraj. Spotkaliśmy się z konsulem w Atenach. Popatrzył na nas, porozmawiał z nami i powiedział „Poszukujemy młodych ludzi, którzy chcą coś osiągnąć”. I w 1995 roku wylądowaliśmy w Kanadzie.

Burmistrz miasta zadzwonił po policję, policja przyjechała i spytała, co my tu robimy. Mamy nasze prawa. To jest pokojowa demonstracja, także nie łamiemy żadnych przepisów i oni nie mogą nam nic zrobić. 

W 1998 roku otworzyliśmy firmę, zaczęliśmy realizować wielkie kontrakty. Budowaliśmy, robiliśmy renowacje dużych centrów handlowych, kościołów. W 1998 mieliśmy czterdziestu paru ludzi pracujących dla nas. Później firma zaczęła się rozwijać, zaczęliśmy budować domy. To był taki okres, kiedy mówiłem żonie „Powiedz mi, ile chcesz na kościół, na wasze charytatywne działalności, ja wypiszę czek, dam ci pieniądze, ale nie mieszaj mnie do tego, ja nie mam czasu, mam spotkania, mój czas jest zbyt kosztowny”. Wtedy zarabialiśmy 
5000 dolarów dziennie i absolutnie nie miałem czasu na to, żeby zajmować się kościołem. 

Trzy miesiące później straciłem wszystko. Na każdej budowie, którą miałem, ktoś coś gdzieś ukradł – od sprzętu ciężkiego po cement. Ludzie byli złapani na gorącym uczynku, ale sędzia ich uniewinniał. To było po prostu coś niewiarygodnego. Wszystko i wszyscy byli przeciwko. Wszystkie pieniądze poszły na spłatę tych ludzi, próby ratowania. Popadłem w takie długi, że groziło mi więzienie za niezapłacone podatki. Poprosiłem o pół roku. Powiedziałem „Co wam z tego przyjdzie, że mnie zamkniecie? Nie oddam wam tego. Ogłoszę bankructwo i tyle. Dajcie mi sześć miesięcy. Będę pracował dzień i noc i spłacę wam wszystko”. Jeszcze raz rozważyli sprawę, zobaczyli, że to nie była moja wina, że zostałem okradziony. Rząd się zgodził. Pracowałem non stop, ale w ciągu sześciu miesięcy spłaciłem wszystko, co do centa. 

Mój syn urodził się 28 marca 2000 roku. Lekarze powiedzieli, że nie ma żadnych szans, żeby żyć, ponieważ ma zmiażdżone płuca, w miejscu płuc jest żołądek i wszystkie jelita, a serce jest po drugiej stronie. Poprosili nas, żebyśmy się zastanowili nad odłączeniem go od aparatury, ponieważ on nigdy nie będzie mógł żyć, nigdy nie będzie normalnym dzieckiem. Powiedzieliśmy, że się na to nie zgadzamy, ale ja całkowicie weszłem w rebelię przeciwko Bogu. Pomyślałem „Zabrałeś moje pieniądze – w porządku, nie ma problemu, ale zostaw mi moje dziecko”. Byłem tak zły na Boga, że wypowiedziałem mu wojnę. Uciekłem ze szpitala, nie chciałem w ogóle rozmawiać z żoną. Stałem się jak człowiek bez żadnych uczuć, całkowicie zamrożony. Następnego dnia w szpitalu miałem pierwszą wizję. Nigdy w takie rzeczy nie wierzyłem, ale zobaczyłem Jezusa w Getsemane. Zobaczyłem Go jak cierpiał, jak się denerwował przed tym, co miało nastąpić. Widziałem jak przyszedł tłum i zaczęli go bić, widziałem krew i tortury. Nie byłem w stanie tego wytrzymać, uciekłem. Musiałem jednak wrócić do szpitala, żeby podjąć decyzję. Poprosiłem, żeby wszyscy wyszli, chciałem być z synem sam. Sterylny pokój, białe prześcieradła i to małe ciałko, na którym nie było już miejsca, w której mogliby się wkłuć. Następna wizja. Usłyszałem głos, który powiedział „Co byś zrobił, żeby uratować swojego syna?”. Popatrzyłem na to małe ciałko i powiedziałem „Wszystko. Powiedz mi żebym zabił, a zrobię to, żeby on żył”. Głos powiedział „Ale nie możesz zrobić nic. Ja mogłem, ale nie zrobiłem. Wiesz dlaczego? Dla ciebie i dla innych ludzi”. To mnie złamało całkowicie jako mężczyznę, jako człowieka.

Po raz pierwszy zacząłem płakać ze swoim synem. Wcześniej nie chciałem mieć z nim nic do czynienia, nawet go nie dotknąłem, bo bałem się, że go pokocham, a on umrze. Podniosłem swoje ręce i powiedziałem „Boże, daję Ci mojego syna jak Abraham na ołtarzu, zrób z nim co chcesz, ale bez względu na to, czy on będzie żył czy umrze, ja ci będę służył do końca życia”. I zacząłem płakać, a ze łzami wyszło wszystko – cały bunt, całe życie, które miałem, wszystkie lata przemytu, wszystkie lata pracy, tych pieniędzy, tej złości, tego niewybaczania innym ludziom. A potem powiedziałem „Boże, jeśli dasz mi syna z powrotem, będę ci wdzięczny do końca życia”.

Kiedy następnym razem pojechaliśmy do szpitala, ludzie pokazywali mnie palcami. Mówili „To jest ten ojciec. To jest ojciec „star baby”, to znaczy tego „dziecka z gwiazd”. Nie miałem pojęcia, o czym oni mówią. Lekarze powiedzieli, że nie są w stanie tego zrozumieć, ale mój syn nie tylko żyje, ale oddycha, a on nie ma prawa oddychać. Serce w ciągu kilku godzin wróciło do prawidłowej pozycji, zmiażdżone płuca zaczęły się rozrastać. Powiedzieli, że medycznie to jest niemożliwe, że to cud. Że mój Bóg widocznie wysłuchał moich próśb. Nataniel urodził się w ten sam dzień, w którym ja się urodziłem – to był prezent od Boga na moje urodziny 28 marca 2000 roku. Jego imię po hebrajsku znaczy „dar Boży”.

Później zająłem się innym biznesem, miałem swoją gazetę, biuro w najbardziej prestiżowym miejscu w mieście, spotykałem się z politykami. Znowu zarabiałem pieniądze. I w pewnym momencie Bóg powiedział „Spakuj swoje rzeczy z biura i wyjdź bez niczego, bo mam dla ciebie coś innego”. Wyszedłem i nigdy więcej tam nie wróciłem. Wyszedłem na ulicę, do biednych.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy podszedł do mnie pijany Indianin. Przyszedł na ulicy, kiedy głosiłem o tym Bogu, który kocha niezależnie od tego, czy masz dużo czy mało, czy jesteś ładny czy brzydki, i powiedział „Kaznodziejo, czy ty głosisz o miłości? Więc daj mi swoją koszulkę”. Jego koszulka była cała podziurawiona, a ja pomyślałem „Nie zrobię tego”. Ale byłem otoczony ludźmi i nie wiedziałem, jak się zachować. Ściągnąłem tę koszulkę wbrew sobie, dałem mu, a on mi dał swoją. Smród był tak okropny, że nie mogłem sam siebie ścierpieć. Musiałem ją zdjąć, bo nie mogłem wytrzymać. I Bóg skonfrontował moje serce, mówiąc „Głosisz o miłości, ale tak naprawdę nie kochasz tych ludzi. Tak naprawdę tylko mówisz o mnie”. Modliłem się „Boże, miłość jest od ciebie. Ty musisz mi dać tę miłość. Nie jestem w stanie kochać tych ludzi, to są alkoholicy, bezdomni, prostytutki, handlarze narkotyków. Jak ja mam ich kochać? Daj mi Twoje oczy, żebym patrzył na tych ludzi, tak jak Ty ich widzisz”. Pan był ze mną i pamiętam pierwszy raz, kiedy zacząłem patrzeć i miałem łzy w oczach. Patrzyłem na tych ludzi i zaczęłem ich naprawdę widzieć przez pryzmat Bożej miłości. I tak zaczęło się to wszystko rozrastać.


Żona Artura:

Pamiętam jakiś obiad w kościele, na Wielkanoc. Zapraszałam tych Polaków, których zawsze zapraszaliśmy, ale nikt nie chciał przyjść. Wtedy powiedziałem do męża, żebyśmy wzięli bezdomnych. Pojechaliśmy do centrum miasta, zapakowaliśmy cały samochód bezdomnymi, przywieźliśmy ich do kościoła. Tydzień później odbyło się pierwsze nabożeństwo na ulicy.


Artur:


Postanowiliśmy pójść do najbardziej niebezpiecznego miejsca w mieście, gdzie ludzie giną, popełniane są gwałty, gdzie jest prostytucja i handel narkotykami. Gdzie nawet policja nie chce przyjeżdżać, bo się boi. I wszystko było dobrze. Karmimy teraz przeważnie dwieście, trzysta osób, które przychodzą, kiedy głosimy Ewangelię. Ale komuś wyżej się to nie spodobało, zaczęli się nami interesować politycy. Ktoś zdecydował, że to nie jest zbyt dobre, że wyciągamy tych ludzi z ulicy. Być może to ma jakieś koneksje z handlem narkotykami 
i zaczęli tracić zbyt duże pieniądze. Zaczęła się wojna. Pozabierali nam wszystkie pozwolenia na karmienie bezdomnych. Nie mamy prawa karmić, nie mamy prawa głosić do tych ludzi, nie mamy prawa im mówić o tym, że mogą wyjść z ulicy. Jesteśmy ciągle atakowani przez policję.

Dwadzieścia spraw sądowych. Kiedy poszedłem do sądu z tymi wszystkimi mandatami, urzędniczka nie wiedziała, co zrobić. Powiedziała, że nigdy w życiu nie widziała takich mandatów, w całej swojej karierze nawet o takich nie słyszała. Zapytała, o co w tym wszystkim chodzi. Odpowiedziałem, że musi porozmawiać z burmistrzem, on ma wszystkie odpowiedzi. Dostaliśmy mandat, ponieważ policjant twierdził, że jak karmimy bezdomnych, to rozpraszamy przejeżdżających kierowców. Jadą samochodem, widzą jak karmimy bezdomnych i to ich rozprasza. Czterysta dwa dolary mandat. Następny mandat za to, że kiedy rozładowywaliśmy jedzenie, nie przechodziliśmy na pasach. Kolejny za karmienie bezdomnych, nielegalne. Następny mandat dostaliśmy za układanie rzeczy na chodniku. A mówimy o miejscu, gdzie prostytutki, handlarze narkotyków sprzedają, leżą, śpią. Ale my położyliśmy jedzenie i to już jest bezprawie. Dostaliśmy za to mandat. W sumie, w ciągu kilku tygodni dostaliśmy ponad dwadzieścia mandatów i wszystko za to, że dajemy tym ludziom nadzieję.


Żona Artura:


Latem jesteśmy z dziećmi w parkach. Dużo kobiet przyprowadza swoje dzieci. Przynosimy piłki, rowery, bawimy się i to też zmienia atmosferę. To było najbardziej niebezpieczne miejsce w mieście. I mogę powiedzieć „było”, bo w pewnym momencie to zmieniło tych ludzi – kobiety i mężczyźni przychodzili, mówiąc z niedowierzaniem „Wy przyprowadziliście tu swoje dzieci”. To było niesamowite – kobiety płakały, patrząc na moje dzieci, myśląc 
o swoich, gdzieś tam porzuconych. Mężczyźni mówili „Wiesz, ja mam syna, córkę i już pięć lat ich nie widziałem”. Już miałam okazję powiedzieć „Wróć. Nie tak od razu spadnij z nieba, ale pozwól, żeby Bóg cię zmienił, wróć do rodziny”. I tak się działo. I tak się dzieje.


Artur:


Trwa ciągła wojna z prasą, telewizją i z burmistrzem miasta. Nawet dzisiaj w gazecie nie przedstawili tego tak, jak naprawdę wczoraj było. Przedstawili nas w złym świetle, 
a burmistrza w dobrym. Jest ciężko, bo ty znasz prawdę, ludzie naokoło znają prawdę, a jednak manipulacja w prasie jest ogromna. Wczoraj w telewizji też pokazali nas w złym świetle.

Z Artem oglądam nagranie wczorajszych wiadomości z demonstracji. To, co widzę, znacznie różni się od tego, co wczoraj działo się na ulicy. Wniosek jest jeden. Nie tylko Polska ma problemy z niezależnością telewizji. 

Artur:


Ten dom to miejsce, gdzie wszystko składujemy. Jest tu kilka łóżek. Tu też sortujemy jedzenie. Bez względu na pogodę – śnieg, deszcz, zimno, ciepło – my tam jesteśmy. W takich boksach pomagamy właśnie rodzinom. Samotnym matkom z dziećmi albo ludziom, którzy mają poważne kłopoty finansowe. Bóg nas zaopatruje we wszystko. Każda szafa jest wypełniona po brzegi. Rząd nie chce nam pomóc, nie dostajemy ani centa. Wszystko to jest od zwykłych ludzi, którzy przychodzą i mówią „Widzimy, co robicie, podoba nam się to, chcemy się do tego dołożyć. Co możemy kupić?”. I ludzie kupują – jedzenie, śpiwory, ubrania, cokolwiek jest potrzebne.

Cztery razy w tygodniu jesteśmy na ulicach. Wojna toczy się dalej. W życiu bym nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie czas, że będę stał i wałczył o Ewangelię. Mało tego, nigdy bym nie przypuszczał, że będę stał i walczył o Ewangelię w kraju, który był zbudowany na Ewangelii i Piśmie Świętym. To jest dla mnie szok, że to wszystko dzieje się w kraju, którego hymn narodowy mówi o Bogu, o Tym, Który wszystko trzyma w swej opiece. Kanadyjczycy śpiewają „Boże, trzymaj nasz naród wspaniały i wolny”.  

Dzisiaj wieczorem nie wiem, czy wrócę do domu, dlatego, że będziemy głosić Ewangelię. Jak zaczęliśmy wyciągać coraz więcej ludzi z ulic, pewni ludzie czuli się zagrożeni. Handel narkotykami to jest bardzo lukratywny biznes i zatrudnili profesjonalnego mordercę, za pięć tysięcy dolarów, żeby mnie zabił. Pięć tysięcy. Ja operowałem większymi pieniędzmi, mogłem dać tysiąc razy więcej za życie. Pomyślałem, jak mało mnie wycenili, ale później mój brat powiedział, że powinienem się cieszyć, bo w tych czasach to jest dużo, jego wycenili na trzysta. Raz mnie kamieniowali, raz rzucali do mnie nożem. Dwa tygodnie temu głosiłem Ewangelię otoczony dwudziestoma uzbrojonymi policjantami. Taki jestem niebezpieczny? Wyciągamy ludzi z rynsztoka w najbardziej niebezpiecznym miejscu w mieście, a rząd uznaje, że sami jesteśmy bardzo niebezpieczni. Także dziwne rzeczy dzieją się tutaj, ale pamiętam słowa, które powiedział jeden z wielkich mężów Bożych, Dietrich Bonhoeffer. Powiedział, że wojna jest wtedy przegrana, kiedy my ją rzucimy, przestaniemy walczyć. Wtedy naprawdę jesteśmy przegrani. Dopóki możemy stać i walczyć, dopóki możemy iść 
i deklarować Słowo Boże, dopóki mamy usta i język, jeszcze nie przegraliśmy.

Wracam do kraju, 10 000 metrów nad ziemią rozmyślam o załatwionych sprawach i o tych, których załatwić się nie udało. O ludziach, których spotkałem, o Kanadzie jakiej wcześniej nie znałem. Myślę o Arturze i o tym, co robi. Wiozę ze sobą kilkanaście godzin nagrań. Zastanawiam się, jak opowiedzieć to wszystko w 30 minut i jaki dać tytuł – „Gamoto” czy „Adwokat ulicy”, a może „Don Kichot z Calgary”. Jednak brak mi odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jak to się wszystko skończy?

wykonanie: www.nunointeractive.eu